Ege'sze'ge'dre, czyli „na zdrowie!" Objazd naukowy po Węgrzech KNHS UJ

O tym, że studenci są z natury istotami ciekawymi świata, nie trzeba nikogo przekonywać. Ciekawość ta może się przejawiać na różne sposoby, jednak najprzyjemniejszym z nich jest podróżowanie. W myśl starej jak świat dewizy „podróże kształcą", w dniach 30 IV – 03 V członkowie KNHS UJ w towarzystwie Pana Profesora Stanisława A. Sroki wybrali się na Słowację i Węgry szlakiem „Korony świętego Stefana w średniowieczu".

30 kwietnia w bardzo dobrych humorach i głodni przygód, ruszyliśmy w naszą trasę spod hotelu Cracovia. Pierwszym przystankiem był Czerwony Klasztor – kompleks klasztorny pochodzący z XIV wieku. Klasztor został ufundowany przez Kokosza Berzewiczego, jako zadośćuczynienie za morderstwo Fryderka Györg'a. Budowa i późniejszy rozwój klasztoru była wspierane przez Kazimierza Wielkiego i Jadwigę Andegaweńską oraz krakowskich mieszczan. Od momentu założenia klasztoru do 1536 r. był to klasztor kartuski. Po wspomnianym wyżej 1536 r., dla zgromadzenia kartuzów nadeszły ciężkie czasy – najazdy obcych wojsk, niszczenie poszczególnych budynków, wreszcie w 1563 r. król Ferdynand I nakazał zlikwidować klasztor kartuzów. W 1711 r. mury klasztorne witają w swoich progach zakon kamedułów, ale i ci nie zabawili tutaj długo – w myśl szerokiego wachlarza reform wprowadzanych przez cesarza Józefa II w 1782 r. uznano, że zakon ten jest bezużyteczny. Kamedułowie otrzymali Czerwony Klasztor od biskupa Nitry, zdążyli też wyremontować cały kompleks w stylu barokowym. Zarówno jeden jak i drugi zakon podczas swojej obecności na tym terenie, żył w sposób pustelniczy (co wynika z reguł zakonnych). Zajmowano się rolnictwem, zielarstwem, rozwijano leczenie chorych w sposób naturalny, o czym świadczą bardzo dobrze zachowane zielniki, które można oglądać w klasztornym muzeum. Właśnie z zielarstwem wiąże się bardzo istotna dla klasztoru postać z okresu przebywania tutaj zgromadzenia kamedułów – brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru. W klasztorze pełnił funkcję aptekarza, botanika i kucharza. W swych badaniach zielarskich podczas prac terenowych bardzo dobrze poznał Tatry. Bardzo dużą sławą cieszyła się również prowadzona przez niego apteka klasztorna. Istnieje także opowieść, według której brat Cyprian miał wspiąć się na szczyt pobliskich Trzech Koron, skąd, dzięki skonstruowanym przez siebie skrzydłom, sfrunął na klasztorny dziedziniec. Historia ta jednak najprawdopodobniej jest legendą, bowiem w kronikach klasztornych brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat.

Kolejnym punktem na naszej trasie była wizyta w Lewoczy – stolicy średniowiecznego Spiszu. Najpierw istniały tu słowiańskie osady, później król Gejza II sprowadził osadników niemieckich. Wszystko zostało zniszczone podczas najazdów tatarskich w latach 40-tych XIII wieku. Czasy świetności miasta są związane z tutejszymi kupcami, którzy dzięki swoim przywilejom przyczynili się do przyznania Lewoczy rangi najważniejszej miejscowości na Spiszu. Na początek udaliśmy się do miejscowego archiwum, w którym, dzięki uprzejmości dyrektora placówki Pana Frantiska Žifcaka, odbyliśmy zajęcia praktyczne z archiwistyki. Na „pierwszy ogień" poszedł dokument z pierwszą wzmianką o Lewoczy, pochodzący z 1249 r. i wydany przez króla Belę IV. Największe emocje zdecydowanie wzbudził tzw. „rotulus z Lewoczy", pochodzący z 1332 r. Warto dodać, że jest to najdłuższy średniowieczny polski dokument – ma on prawie 15 metrów. Wszystkie dokumenty, które mieliśmy możliwość obejrzeć, są zachowane w bardzo dobrym stanie, a o każdym z nich kilka słów powiedział dyrektor archiwum. Następnie zwiedzaliśmy pozostałe zabytki Lewoczy. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od kościoła świętego Jakuba, zbudowanego w XIV wieku w stylu gotyckim. Wewnątrz znajduje się 18 ołtarzy pochodzących z różnych okresów, w tym najwyższy gotycki ołtarz na świecie, autorstwa Mistrza Pawła z Lewoczy. Upływ czasu i bieg historii dla świątyni był raczej łaskawy – pożary miasta czy reformacja nie poczyniły żadnych większych szkód. Z Lewoczą i kościołem świętego Jakuba wiąże się też ważne wydarzenie w dziejach dynastii Jagiellonów – miasto w 1494 r. było świadkiem zjazdu, na którym stawili się bracia Jan Olbracht, Władysław, Zygmunt i Fryderyk, a na pamiątkę tego spotkania powstał ołtarz Matki Boskiej Śnieżnej. Po wyjściu z kościoła skierowaliśmy się ku Rynkowi – w miejscowym ratuszu znajduje się bowiem Muzeum Spiskie, gdzie zapoznaliśmy się z historią miasteczka i regionu. Warto na dłużej zatrzymać się w tym miejscu, ponieważ oprócz pięknej sali posiedzeń rady miejskiej muzeum posiada bardzo bogate zbiory broni, narzędzi tortur, drobiazgowo zdobione stare klucze i zamki, czy chociażby żelazna skrzynia na kasę miejską. Kolejna atrakcja czekała na nas właśnie na Rynku, a była nią klatka hańby – niewierne wobec swych mężów lewoczanki zamykano wewnątrz, aby mogły przemyśleć swoją winę, ale też i wystawić na ogień niepochlebnych komentarzy całej społeczności miasta. Będąc w Lewoczy nie można nie wybrać się na spacer po ścisłym centrum. Malownicze położenie geograficzne oraz dobrze zachowane zabytki architektury są bodaj jednymi z najpiękniejszych na Słowacji. Czas spędzony w Lewoczy minął nam bardzo szybko, toteż udaliśmy się w dalszą drogę do głównego celu naszej wyprawy, jakim był Budapeszt.

W stolicy Węgier pojawiliśmy się późnym wieczorem. Ponieważ mieliśmy za sobą cały dzień podróży oraz dość intensywne zwiedzanie, naszym pierwszym głównym kierunkiem był hotel, a poznawanie miasta odłożyliśmy na następny dzień. Dwudniowy pobyt w Budapeszcie rozpoczęliśmy od podróży metrem do centrum, które jest najstarsze w kontynentalnej części Europy. Zwiedzanie Budapesztu zaczęliśmy od spaceru główną handlową ulicą miasta - Vaci. Mimo dość wczesnej pory i dnia wolnego jakim był 01.05, to w zasadzie wszystkie sklepy czy kawiarnie były otwarte i ci najbardziej zaspani mogli liczyć na szybką filiżankę espresso. Idąc wspomnianą wyżej Vaci utca dotarliśmy do reprezentacyjnej alei Budapesztu, jaką jest aleja Andrassy'ego - premiera Węgier z czasów C.K. Austro - Węgier. Ulica ta powstała w II połowie XIX wieku, a architektonicznie nawiązuje do znanych paryskich bulwarów - jest szeroka, obsadzona drzewami, a stojące wzdłuż kamienice są dopieszczone z najmniejszymi detalami. Obecnie znajdują się na niej butiki, instytucje kulturalne jak Dom Polski czy Opera, a także budynki ambasad i konsulatów. Końcem alei Andrassy'ego jest Plac Bohaterów, w którego centralnym punkcie znajduje się kolumnada z pomnikami wielkich węgierskich władców i bohaterów narodowych, od świętego Stefana aż do Lajosa Kossutha, przywódcy powstania węgierskiego z 1848 r. Oprócz pięknych przedstawień wydarzeń z historii Węgier, znajdują się tutaj Muzeum Sztuk Pięknych, które było naszym następnym celem. Wewnątrz znajduje się bogata ekspozycja rzeźb i obrazów z różnych epok. Można też znaleźć znane nazwiska, jak np. Canaletto (znany z cyklu widoków na Warszawę). Dodatkowo, obecnie jest dostępna czasowa ekspozycja z dziełami Toulouse - Lautrec'a, która także jest warta zobaczenia. Muzeum jest tak dobrze wyposażone, że jedna z naszych koleżanek, która studiuje historię sztuki, zdecydowała zostać się w muzeum aż do jego zamknięcia ;) Po zwiedzeniu muzeum ponownie spacerowaliśmy aleją Andrassy'ego, tym razem, aby dotrzeć do hostelu. Jak się później okazało, dawniej było to więzienie, a pierwsze wrażenie po wejściu do najpozytywniejszych nie należało. Po krótkim czasie wolnym i obiedzie ruszyliśmy na dalszy podbój Budapesztu, tym razem korzystając z tramwaju, którym dotarliśmy nad brzeg Dunaju. Tam czekał nas nieco luźniejszy punkt programu, bowiem kibicowaliśmy załodze Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, która startowała w zawodach kajakarskich. Na zakończenie dnia razem z Profesorem udaliśmy się do pijalni wina, gdzie można było spróbować wielu gatunków tego, bądź co bądź, symbolu Węgier. Był także element integracyjny, gdyż Profesor nauczył nas wznoszenia toastów po węgiersku w zależności od charakteru danej imprezy. Kiedy opuściliśmy winiarnię nad Budapesztem zapadł już zmrok, a jak wiadomo to właśnie wtedy wielkie miasta nabierają zupełnie innego oblicza. Powoli zmierzając w stronę hostelu obraliśmy trasę wiodącą przez słynne budapeszteńskie mosty - Elżbiety i łańcuchowy na którym Panie czekał test dziewictwa. Na ten test bardziej spieszyło się jednak Panom, co nie znaczy, że płeć piękna nie podjęła tego wyzwania :) Pierwszy dzień obfitował w piękną pogodę i bardzo dobre humory, tak więc mimo zmęczenia i późnej pory cała wyjazdowa ekipa wróciła "do więzienia" zadowolona.

O tyle o ile pierwszy dzień był raczej wstępem do zwiedzania Budapesztu, tak drugi dzień wymagał od nas na pewno siły do przemierzania odległości i poznawania piękna tego niezwykłego miasta, w czym pomogli nam dwaj Profesorowie z Uniwersytetu Budapeszteńskiego, a prywatnie znajomi Profesora Sroki, którzy wcielili się w rolę naszych przewodników. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Wzgórza Zamkowego, gdzie poznaliśmy historię prawobrzeżnej Budy. Większość znajdujących się tam zabudowań pochodzi ze średniowiecza i jest zachowana w bardzo dobrym stanie. Tak więc, idąc "po kolei" spacerowaliśmy po Starym Mieście, podziwialiśmy widok na Dunaj, Wyspę Małgorzaty i Parlament z Baszty Rybackiej, która znajduje się na miejscu dawnych murów zamkowych. Na dłużej zatrzymaliśmy się w kościele Macieja, który choć jest pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, to jednak swą potoczną nazwę wziął od króla Macieja Korwina. Pierwotnie była to budowla gotycka, czego niektóre ślady są zachowane do dzisiaj, w większości jednak jest to budynek XIX-wieczny, gdyż kościół był niszczony czy to przez Turków czy pożary w mieście i średniowieczne mury były w bardzo złym stanie. Jest to miejsce bardzo ważne dla Węgrów, koronował się tam Karol Robert, Maciej Korwin brał ślub z Beatrycze, a ostatnie wydarzenie rangi państwowej odbyło się w 1916 r., kiedy Karol IV Habsburg koronował się na cesarza po śmierci Franciszka Józefa I. Wspomniany Parlament, na który jeszcze parę chwil wcześniej patrzyliśmy z terenów zamkowych, był naszym następnym celem. Budynek ten powstał w 1896r. na obchody millenium przybycia Węgrów do Europy, chociaż sama budowa zaczęła się blisko 10 lat wcześniej i zakończyła dopiero w 1904 r. Głównym architektem był Imre Steindl, który postawił na styl neogotycki i barokowe elementy wewnątrz. Parlament jest udostępniony dla zwiedzających, udało się nam więc zobaczyć salę konferencyjną, która dawniej pełniła funkcję Izby Wyższej, a jej ściany są ozdobione herbami władców (od Arpadów po Habsburgów). Największe wrażenie bezsprzecznie wywarła na nas korona świętego Stefana, która jest największa relikwią Węgrów. Po tej bardzo historycznej części dnia, pozostały czas był zdecydowanie luźniejszy, bowiem obraliśmy kurs na Wyspę Małgorzaty. Jest to ulubione miejsce na wypoczynek wśród mieszkańców stolicy, a to ze względu na dużą ilość terenów zielonych i miejsc do uprawiania sportu oraz malownicze ruiny klasztoru dominikanów i kościoła franciszkanów. Nazwę zawdzięcza córce króla Beli IV, Małgorzacie, która większość swojego życia spędziła w klasztorze wzniesionym na wyspie. Została ofiarowana Bogu jeszcze przed swoim narodzeniem, kiedy państwo węgierskie znajdowało się w niebezpieczeństwie wynikającym z najazdu tatarskiego. Na zakończenie dnia również czekał nas spacer do centrum Budapesztu, na trasie którego podziwialiśmy Bazylikę świętego Stefana czy też Wielką Synagogę.

Ostatnia noc w Budapeszcie minęła bardzo szybko, nadszedł więc ostatni dzień naszej węgierskiej przygody, podczas którego dysponowaliśmy niestety mocno ograniczonym czasem. Pożegnanie z Budapesztem było dwuetapowe – najpierw wjechaliśmy na Górę świętego Gellerta, pierwszego męczennika Węgier, który został stąd strącony przez pogan. Mimo lekkiego pogorszenia pogody, mogliśmy nacieszyć oczy piękną panoramą całego miasta i udać się do Aquincum – wysuniętej najdalej na wschód osady rzymskiej, pochodzącej z początków naszej ery (19 r.). Miasto jak na swoje czasy było bardzo duże i dobrze się rozwijało. Niestety, wraz z najazdem Hunów zostało zniszczone i splądrowane. Później w tych terenach pojawiały się inne ludy, między innymi Awarowie, aż w 896r. osiedlili się tutaj Madziarowie. Obecnie znajduje się tam muzeum, w którym prezentowana jest rekonstrukcja osady wraz z przedmiotami codziennego użytku, znalezionymi podczas prac archeologicznych. Z Aquincum skierowaliśmy się na północ, a na naszej drodze do Krakowa były już tylko dwa przystanki. Pierwszym z nich był Wyszehrad, gdzie zwiedzaliśmy wzniesiony przez Karola Roberta zamek. Wyszehrad był stolicą aż do XVI – wiecznych najazdów tureckich, podczas których zamek został zniszczony a stolica przeniesiona do Budapesztu. Zanim tak się stało, Wyszehrad odegrał istotną rolę w historii naszej ojczyzny, kiedy w 1335 r. i 1338 r. odbyły się zjazdy królów Polski, Węgier i Czech. Tradycja ta została podjęta także współcześnie przez polityków Polski, Węgier, Czech i Słowacji, którzy stworzyli Grupę Wyszehradzką. Prawdą jest, że im bliżej do domu, tym czas biegnie szybciej – nawet nie zauważyliśmy, kiedy trzeba było opuścić zamek wyszehradzki. Przed nami był już tylko Ostrzyhom, nazywany „węgierskim Watykanem". Ostrzyhom to jedno z najstarszych węgierskich miast, założone w 960 r. przez księcia Gejzę oraz pierwsza stolica Węgier. W mieście znajduje się Bazylika świętego Wojciecha, która obecnie jest siedzibą prymasa węgierskiego. Świątynia w stylu klasycystycznym została postawiona na miejscu XII-wiecznego kościoła świętego Wojciecha, który został zniszczony przez Turków. Niestety, także tutaj byliśmy mocno ograniczeni przez czas, toteż nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, m.in. bogatego skarbca katedralnego czy tarasu widokowego, skąd rozpościera się piękny widok na zakole Dunaju. Także i tutaj obecny był ślad historii Polski, bowiem po drugiej stronie rzeki w słowackim mieście Parkany (dzisiaj Sturovo) król Jan III Sobieski stoczył dwie zwycięskie bitwy z Turkami w 1683 r.

Długi weekend majowy spędziliśmy bardzo intensywnie, o czym świadczy powyższa relacja. Wszelkie niedogodności czy obolałe od chodzenia nogi rekompensowało nam przede wszystkim świetne towarzystwo Profesora Sroki, przychylna pogoda oraz wspaniały Budapeszt, do którego napewno niejeden raz wrócimy.

Data opublikowania: 18.05.2014
Osoba publikująca: Justyna Gałuszka